Nie mogłam w to uwierzyć. Ja taka zwykła, prosta służąca... na mnie zależy panu Harry'emu. Tak bardzo się cieszyłam. Po tej wzruszającej przemowie, mocno mnie przytulił i powiedział:
- Proszę, zaufaj mi.
- Ufam panu.
- To wspaniale, ale nie mów do mnie tak....
- Oj.. Przepraszam, jeśli powiedziałam coś źle. Tylko niech pan mnie nie bije, błagam- łzy napłynęły mi do oczu.
- Mówiłem już, że cię nie uderzę. Nie powiedziałaś nic złego piękna. Chcę, abyś nie zwracała się do mnie na pan. Jestem Harry.
Kiedy to usłyszałam... nawet sobie wyobrażacie jak bardzo się cieszyłam. Jeszcze nigdy w życiu nie wołałam kogoś po imieniu.
- Nie... nie żartuje pan? - pytałam z niedowierzaniem
- Nie, niby dlaczego miałbym żartować.
- Ponieważ wszyscy muszą zwracać się do ciebie, na pan, jedynie pańscy, to znaczy twoi przyjaciele mówią ci na ty.
- Mówią mi na ty ludzie, do których mam szacunek, których lubię i którzy na to zasługują.
- To... to znaczy, że masz do mnie szacunek i że ja na to zasługuję?
- Oczywiście, że tak. Przecież, gdybyś była taka jak reszta tych dziewczyn, to traktowałbym cię tak jak je. One nie mają prawa zwracać się do mnie po imieniu. Ty jesteś zupełnie inna. Piękna, miła, wspaniała i skrzywdzona przez los. Nie martw się, ja zadbam, żeby pozostali mieli do ciebie szanunek.
Wzruszyłam się. On tak o mnie mówił. Myślałam, że żartuje, ale jak pozwolił mi mówić do siebie Harry. Zrozumiałam, że na prawdę mnie lubi. Nawet pan dyrektor nie odważyłby się powiedzieć do niego po imieniu. Nikt by się nie odważył, a ja bez problemu mogłam to zrobić. Moje życie już wtedy bardzo się zmieniało...
***
Wróciliśmy na stołówkę. Hazz ruszył w kierunku stolika, a ja poszłam do kuchni. Okazało się, że nie było mnie tak długo, że kucharki same musiały rozdać resztę jedzenia.
Gdy tylko weszłam do środka, ujrzałam pana dyrektora, kucharki i w-ce panią dyrektor. Byli tak źli, że od razu wiedziałam, że jutra mogę nie dożyć.
Zaczęli strasznie na mnie krzyczeć. Skazali mnie na 4 godziny tortur i w tym miesiącu miałam nie dostać wypłaty. Płakałam j błagałam o przebaczenie, ale na nich nic nie działało. W pewnym momencie Harry wszedł do pomieszczenia. Ulżyło mi. Podeszłam do niego. Automatycznie mnie przytulił. Tamci stali jak wryci i przyglądali się całej sytuacji.
- Słyszałem, że krzyczeliście na Dianę. Jakim prawem pytam? - odezwał się chłopak.
- No...no, bo. - tylko tyle potrafili wydukać.
- Ona na żadne tortury nie pójdzie, a i ma dostać pensję, zrozumiano?
- Tak oczywiście, proszę pana. Jak pan sobie życzy.
Uśmiechnęłam się do Harry'ego. On złapał mnie za rękę i razem wyszliśmy na korytarz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz